Repatrland ’45. Drogi Polaków na Ziemie Odzyskane
Repatrland ’45. Drogi Polaków na Ziemie Odzyskane
Tomasz Bonek
Znak Horyzont, Kraków 2025, str. 352
ISBN 978–83–8367–818‑4
Ubiegły rok obfitował w książki o początkach polskiego powojennego gospodarowania i życia społecznego na ziemiach, które nazywano Odzyskane, Zachodnie i Północne, poniemieckie, nowe, pozyskane, „dziki Zachód”, „szaberland”, po latach także np. „wyzyskane”. W tytule swojej niedawno wydanej książki Sławomir Sochaj nazwał je „Niedopolską, wcześniej Zbigniew Rokita (ich część nadodrzańską) – „Odrzanią”, a teraz Tomasz Bonek – „Repatrlandem ’45”. Warto zauważyć, a może też jakoś zinterpretować znaczący przecież zabieg, że nazwę „Ziemie Odzyskane” wszyscy trzej umieścili w podtytułach swoich książek.
Zimne, ironiczno-gorzkie określenie „Repatrland ‘45” Tomasz Bonek, „reporter i dokumentalista – jak pisze wydawca – specjalizujący się w śledztwach historycznych”, wziął od bohaterki już pierwszej z opowieści, które zebrał w swojej książce, aczkolwiek jest też w innych. Uwidacznia się w nim jej dystans do miejsca, w którym po wojnie musiała zamieszkać – Dolnego Śląska. Była babcią autora. W międzywojniu dorastała w Brasławszczyznie, na „kresach Kresów II RP” – jak nazywano tamtą, odległą od Wilna, północno-wschodnią część ówczesnego województwa wileńskiego, już w czasie wojny włączoną do ZSRR (dokładnie: Białoruskiej SRR). Po jego rozpadzie została w granicach Białorusi.
Tomasz Bonek pochodzi z Brzegu Dolnego, od wielu lat mieszka we Wrocławiu, kierował największymi w Polsce portalami biznesowymi, a od 2019 roku jest związany z krakowskim Znakiem, w którym systematycznie publikuje nowe książki. Dotyczą najbardziej mrocznych miejsc i wydarzeń w nazistowskich czasach jego regionu, głownie podczas II wojny światowej, a później długo niewyjaśnianych. Odnalazł liczne tajne filie obozów koncentracyjnych, w których prowadzono pseudomedyczne eksperymenty i prace nad skonstruowaniem śmiercionośnych broni, mających zapewnić III Rzeszy ostateczne zwycięstwo, unicestwiając, albo zupełnie zniewalając „gorsze” narody. Do pracy i eksperymentów bestialsko wykorzystywano tam robotników przymusowych. W książce „Ludzie na mydło: Mit, w który uwierzyliśmy” (2023) Bonek opisał hitlerowskich „naukowców” z Gdańska, którzy pozyskiwali preparaty medyczne. Nie znalazł potwierdzenia tezy, podobnie jak wcześniej IPN, że według metody, którą mieli tam opracować, produkowano w obozach koncentracyjnych na masową skalę mydło z ludzkich zwłok, o czym w „Medalionach” pisała Zofia Nałkowska. Wyjaśniał mechanizmy propagandy, które doprowadziły do tego, że w powojennej Polsce pogłoskę długo i powszechnie uznawano za prawdę.
W nowej książce przyznaje z żalem, że dziejami powojennego osadnictwa na Dolnym Śląsku, w tym własnej rodziny, zainteresował się późno. Można domniemywać, że dla nich rzucił dotychczasowe zatrudnienia, realizowane z sukcesami. Uznał to za obowiązek. Uczestników i świadków jest coraz mniej, nadto nie wszyscy chcą opowiadać, a wiedza dzieci i wnuków osadników jest najczęściej skromna.
Książka przynosi dużo informacji o pierwszych powojennych latach na Dolnym Śląsku. Składa się z opowieści, które są po trosze reportażami, esejami, wspomnieniami, relacjami z rozmów z ludźmi, którzy na nowe ziemie przyjechali, przyszli, przybyli z najróżniejszych przyczyn, regionów, stron i tradycji, z różnym doświadczeniem, zwyczajami i nawykami. Wszyscy zostali „wrzuceni do jednego tygla”, by stworzyć z nich – jak pisze autor – nowe, jednolite społeczeństwo. Opisuje ich losy, stosunek do stron rodzinnych i Dolnego Śląska, dawnego i nowego domu. Przytacza opowieści o relacjach z wysiedlanymi Niemcami. Były różne. Można jednak powiedzieć, że bywały też prologiem do powojennego pojednania polsko-niemieckiego.
Ciekawie pisze Tomasz Bonek o odkrywaniu przeszłości Wrocławia: piastowskiej, polskiej, czeskiej, śląskiej, pruskiej, niemieckiej, w tym o odkrywaniu tragedii Żydów – obywateli Niemiec w czasach nazizmu.
Najbardziej przejmujące są rozdziały, które poświęcił kresowym, wojennym i powojennym dziejom swojej rodziny. Cała książka ma zresztą walor opowieści bardzo osobistej. Jest ważnym przykładem postrzegania ziem zachodnich przez nowe pokolenie. Szkoda jednak, że jej autor nie przeczytał uważniej wcześniejszych opracowań i literatury pięknej na temat powojennego osadnictwa, zatrzymując się na stereotypowych generalizacjach i propagandowych (niestety) ocenach spuścizny PRL.
Warto będzie obserwować jego kolejne książki. W dotychczas wydanych jest dużo faktów, są warto napisane, mogą inspirować. Nowe pewno będą dotyczyć Dolnego Śląska, gdzie jest jeszcze bardzo dużo do odkrycia i opisania.
Bogdan Twardochleb
